01 Iława Pruska - Bagrationowsk - Preusisch Eylau
W dniach 9-11 lutego 2007 r. uczestniczyliśmy w inscenizacji bitwy pod Iławą Pruską. Impreza zorganizowana przez Muzeum Regionalne w Bagrationowsku (dawniej Preusisch Eylau) nawiązywała do 200 rocznicy bitwy, która na tej ziemi rozegrała się w dniach 7-8 lutego 1807 r.
Różne okoliczności sprawiły, że uczestniczyliśmy tam tylko siłą 3 osobowego zwiadu. Część wojska nie miała ważnych paszportów, a inni zrezygnowali w ostatniej chwili z wyjazdu. Organizatorzy postawili tak wysoko poprzeczkę, tak życzliwie nas przyjęli i ugościli, że teraz będziemy tą imprezę przyjmowali jako wzór.
Uczestnicy bitwy otrzymali pamiątkowy medal.

Wieści o wyprawie na inscenizację bitwy pod Preusisch Eylau rozeszły się lotem błyskawicy powinienem zatem wyjaśnić pewne okoliczności, które doprowadziły do otrzymania pochwały dowództwa.
Wyjazd wojsk „Twierdzy Częstochowa” miał być w składzie Legii Polsko Włoskiej i artylerii pieszej. Różne okoliczności sprawiły, że wojsko jeszcze przed bitwą zostało mocno „przetrzebione”, a dotknęło to również samego „generała”. Bez naczelnego wodza wielu wojaków nie wzięło udziału w bitwie.
Osamotnione wojsko z Częstochowy, bez należytego wsparcia służb kwatermistrzowskich i należytego wsparcia ogniowego wyruszyło na zwiad bojowy na odległe rubieże do obwodu kaliningradzkiego do Bagrationowska. Tam 200 lat temu w dniach 7-8 lutego 1807 r. toczyła się bitwa między wojskami napoleońskimi i rosyjskimi, tak zwana bitwa pod Eylau (po polsku pod Iławą Pruską).
Mimo braku wsparcia ogniowego ze strony wojsk z Twierdzy Nysa zdecydowaliśmy się uczestniczyć w inscenizacji. Zbyt dużo poświęciliśmy czasu na przygotowania i załatwianie formalności by teraz, bez istotnego powodu rezygnować z wyjazdu.
Więc w sile 3 chłopa ruszyliśmy do boju. Dla wygody zabrałem samochód żony, większy, przestronniejszy, z wielkim bagażnikiem … i w drogę. Zaaferowany wyjazdem nie sprawdziłem, że tymczasowy dowód rejestracyjny samochodu jest już nieważny. I zaczęło się. Do granicy w Bezledach przejechaliśmy 513 km, i niech ktoś powie, że nie wierzy w pechową „13”.
Uśmiechnięta blond „służba graniczna” wyjaśniła, że z takim dowodem rejestracyjnym nie możemy przekroczyć granicy. Odstawiła nas na pas ziemi niczyjej, zawezwała do przestępcy policję i nadal zajmowała się pilnym wykonywaniem swoich czynności służbowych. Po prawie 3 godzinach oczekiwania w samochodzie przy temperaturze na zewnątrz -12 stopni okazało się, że jest już zmiana obsady i procedura zaczyna się od początku.
Wreszcie w piątek ok. 22.00 przyjechał policjant, zatrzymał dowód rejestracyjny, przepisał zawartość na innym dokumencie i zadysponował jego termin ważności 1 dzień (akurat przypadała sobota) i okazało się, że z takim dowodem nie możemy przekroczyć granicy. Do tej sprawy jeszcze wrócę. Samochód trzeba było zostawić przed granicą i na drugą stronę udać się pieszo. Do pola bitwy przecież tylko 2 km.
Niestety to przejście graniczne jest tylko dla pojazdów mechanicznych. Można je przekroczyć tylko samochodem. W nocy, z takimi bagażami – mamy ze sobą przecież mundury – to wydawało się niemożliwe. Niestety na rodaków nie ma co liczyć. Każdy ma dziurę … i wymówkę. Bez żadnych problemów zabrał nas Rosjanin i już po 3 godzinach znaleźliśmy się na drugiej stronie granicy, a nawet w samym centrum miasteczka. Nasz dobroczyńca pokazał nam w nocy pomnik na polu bitwy i zawiózł do miasteczka.
Zmęczeni, zmarznięci, głodni, daleko od domu, bez samochodu z aprowizacją, około 2.00 w nocy znaleźliśmy się w obcym mieście. Obce było tylko przez pierwsze 15 minut. Pierwszy napotkany Rosjanin skontaktował nas z człowiekiem zbliżonym do kręgu organizatorów, a on o tej godzinie nie mógł się z nikim skontaktować więc zabrał nas do swojego pokoju w hotelu i tam zostaliśmy do końca.
Kiedy uznał, że to ja z racji siwej głowy dowodzę wojskiem, odstąpił swoje łóżko, a sam spał w moim śpiworze na podłodze. Mam już 60-tkę ale o takim zdarzeniu w Polsce jeszcze nie słyszałem. To się nie mogło zdarzyć – sami wiecie, co wam będę opowiadał.
Rano odprawa wojsk i manewry. Jeden z nas uczestniczył w szeregach artylerii po stronie rosyjskiej, drugi w piechocie po stronie francuskiej, a trzeci robił zdjęcia. W taki to sposób, w boju rozpoznaliśmy warunki uczestnictwa w bitwie. Bliski kontakt z człowiekiem zbliżonym do organizatorów dawał nam możliwość poznania informacji, o których inni uczestnicy bitwy nie wiedzieli.
W sobotni poranek parada wojsk na miejscowym rynku, przemarsz kilka kilometrów na pole bitwy i manewry po nieprzespanej niczgo dobrego nie wróżyły. Widzów niewiele jak na takie przestrzenie. Ponad 1000 osób widzów na tak rozległej przestrzeni gubi się. Ale ważne, że ta grupa ludzi przybyła tutaj z bardzo odległych miast w Rosji i innych państw. Spotkaliśmy studenta, który specjalnie na ten pokaz przyleciał z Moskwy, spotkaliśmy uroczą dziewczynę, która przyleciała z Kijowa, nazw innych miast po prostu nie pamiętam, a nawet grupa Francuzów polskim autokarem. Już umówiliśmy się z nimi, że spotkamy się na inscenizacji bitwy pod Frydlantem.
Manewry przetrzymaliśmy w dobrej kondycji, później obiad i wspaniały kompot-kisiel.
Szybko doszliśmy do siebie więc ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Na wzniesieniu wspaniała cerkiew. Odwiedziliśmy ją, postawiliśmy świeczki za pamięć poległych w bitwie w roku 1807, później degustacja miejscowych piw, kwasu chlebowego i biesiada przy ognisku. Wielka wyżerka przy ogniskach, gorące dania, kiełbaski, grzaniec, a nawet pieczony prosiak na ognisku. Przypominam, że było -12 stopni. Żarcia było tyle, że drugi prosiak został na dzień następny. Jeszcze pokaz sztucznych ogni, nocne rozmowy i zajęcia w podgrupach.
Rano przecież bitwa.
Organizator imprezy:
MUSEUM OF LOCAL HISTORY
NO. 10 KALININGRADSKAYA STREET
BAGRATIONOVSK
KALININGRAD OBLAST
Tel. +40156 32084
W przerwie pisania popatrzyłem na forum ARSENAŁU. Jazłowiak pisze tam:
“Trochę surrealistycznie wyglądał wysoki oficer napoleoński, który konno uganiał się z szablą za reporterami. Żal, że tak mało ludzi (nie więcej niż 350, może mniej)”
Tym reporterem, za którym uganiał się konno sam najwyższy dowódca na oczach całej gawiedzi był nasz człowiek, fotoreporter “Twierdzy Częstochowa“. Ze względu na ostry mróz na mundur odział cywilną kapotę i wojsko i widzowie mieli wspaniałe widowisko. To nad nim głównodowodzący Oleg Sokolov na koniu tak widowiskowo wymachiwał szabelką. Dla przyzwoitości jego deklamowanych tekstów nie powtórzę.
Jeśli chodzi o ilość widzów, to chyba byliśmy na różnych imprezach. Według mojej oceny było tam do 20.000 osób. Zachęcam do policzenia ich na moich zdjęciach. Niestety tak ogromny obszar powoduje, że drugie tyle też by zginęło z pola widzenia.
Według mojej wiedzy w bitwie uczestniczyło 350 zbrojnych i 42 konie.
c.d.n.